Dr n. med. Fryderyk Menzel

Kim jestem

Jestem specjalistą chirurgii plastycznej oraz lekarzem medycyny estetycznej — tyle i aż tyle. Dyplom uzyskałem na Uniwersytecie Medycznym im. Piastów Śląskich we Wrocławiu, doktorat obroniłem w 2022 r., a kliniczne rzemiosło doskonaliłem również na Università degli Studi di Roma „Tor Vergata”. Przez pięć lat pracy w Oddziale Chirurgii Plastycznej i Oparzeń operowałem przypadki od rekonstrukcji po ciężkich urazach po zabiegi czysto estetyczne, ucząc się precyzji, której nie da się wyćwiczyć na kursach weekendowych. Obecnie przyjmuję w trzech placówkach we Wrocławiu i Legnicy, prowadząc pełne spektrum konsultacji i zabiegów od drobnej iniekcji po rozległą plastykę. Numer PWZ 3373888 znaczy tyle, co podpis pod moją odpowiedzialnością za każdy skalpel, jaki trzymam w dłoni. Nie prowadzę konta „chirurg-celebryta” — wolę, żeby o mnie mówiły rezultaty u pacjentów, a nie licznik obserwujących.

Dlaczego właśnie powieki i twarz

Plastyka powiek dominowała w mojej praktyce od pierwszych samodzielnych dyżurów; dziś przekroczyłem granicę pięciuset wykonanych blefaroplastyk. To obszar, w którym błąd milimetra decyduje, czy pacjent będzie wyglądał świeżo, czy karykaturalnie — ta gra o detale mnie motywuje. Powieka to także struktura o wymiarze funkcjonalnym: właściwie wykonany zabieg poprawia widzenie obwodowe i niweluje chroniczne zmęczenie oczu. Rozszerzyłem repertuar o brow-lift, lip-lift i lipotransfer, bo twarz jest całością; żadna metoda w oderwaniu nie rozwiązuje wszystkiego. Dla każdej techniki prowadzę własny rejestr wyników i powikłań, żeby wiedzieć, a nie zakładać, jakie parametry dają najtrwalsze efekty. Gdy pacjent przychodzi po „szybki zabieg odmładzający”, zaczynam od zadania prostego pytania: czy potrzebuje chirurgii, czy raczej zmiany nawyków snu i pielęgnacji.

Technologia to narzędzie, nie show

Laser frakcyjny CO₂, radiofrekwencja mikroigłowa, HIFU, certyfikowane wypełniacze kwasu hialuronowego — używam ich, bo działają, a nie dlatego, że dobrze wyglądają w relacji na Instagramie. Każde nowe urządzenie przechodzi u mnie ścieżkę krytycznej weryfikacji: przegląd niezależnych badań, test na ochotnikach (zwykle zaczynam od siebie lub zespołu) i audyt koszt-efekt. Jeśli rachunek ryzyka walczy z korzyścią, wygrywa bezpieczeństwo, nawet gdy marketing obiecuje złote góry. Zanim odpalę laser, sprawdzam fototyp skóry, leki pacjenta i czas ostatniej ekspozycji słonecznej — brak oparzeń po zabiegu to nie przypadek, tylko procedura. Słowo „innowacyjny” mnie nie przekonuje; przekonuje mnie dopuszczenie FDA lub co najmniej certyfikat CE plus solidna metaanaliza. Technologia jest dla pacjenta, nie odwrotnie — jeśli prosta blefaroplastyka w znieczuleniu miejscowym rozwiązuje problem lepiej niż kosztowny gadżet, wybieram skalpel.

Filozofia pracy z pacjentem

Rozmowę zaczynam od „dlaczego”, nie od cennika. Chcę rozumieć źródło dyskomfortu i oczekiwany efekt, bo chirurgia na emocjach, a nie faktach, kończy się rozczarowaniem. Każdy pacjent dostaje ode mnie realistyczną mapę: możliwe techniki, warianty znieczulenia, czasy gojenia, ryzyko powikłań oraz plan kontroli — nic nie zostaje „między wierszami”. Na konsultacji pokazuję nie tylko idealne zdjęcia „po”, lecz także sytuacje, gdy efekt wymagał korekty; uczciwość to podstawa zaufania. W dniu zabiegu pacjent ma mój prywatny numer telefonu na wypadek niepokoju w nocy — prewencja skraca ścieżkę od komplikacji do rozwiązania. Regularne wizyty kontrolne po tygodniu, miesiącu i roku pozwalają mi dokumentować trwałość rezultatów i wyłapywać drobne odchylenia, zanim staną się problemem.

Ciągłe doskonalenie własnej wiedzy

Co kwartał rezerwuję czas na kongresy ISAPS, zjazdy Polskiego Towarzystwa Chirurgii Plastycznej i warsztaty kadawerowe — nie po certyfikat, lecz po dyskusję z ludźmi, którzy potrafią udowodnić, że robią coś lepiej. Kiedy wracam, porównuję ich procedury z moim protokołem i albo aktualizuję detale, albo świadomie zostaję przy swoim, notując dlaczego. Publikuję wyniki w czasopismach branżowych i udostępniam dane do recenzji, bo transparentność to filtr na własne błędy poznawcze. Prowadzę też szkolenia młodszych lekarzy — nic tak nie weryfikuje wiedzy, jak konieczność logicznego jej wytłumaczenia. Raz do roku analizuję swoje statystyki powikłań; jeżeli krzywa choć drgnie w górę, szukam przyczyny i wyciągam wnioski. Tak rozumiem słowo „ekspert”: ciągłe sprawdzanie, czy to, co wiem dziś, nadal będzie prawdą jutro.